29.10.2014

Przenosiny na własną domenę

Jestem estetką. Lubię ładne rzeczy. Ten blog nie do końca mi się podobał. Blogger nie do końca spełniał moje oczekiwania co do strony wizualnej Mojej drogi do minimalizmu, a przecież aspekty estetyczne też są ważne (nie mówiąc o prawach autorskich...). Zachęcona wieloma pozytywnymi opiniami zdecydowałam się przenieść Moją drogę do minimalizmu na własną domenę. 

Zapraszam.



25.10.2014

Coś za coś, czyli pierwsza większa porażka na drodze do minimalizmu

Rzecz będzie o talerzach.

Na pierwszą parapetówkę dostaliśmy od teściów piękne talerze. Naprawdę mi się podobały, kwadratowe w liściasty wzór. Z biegiem czasu okazały się tak niepraktyczne, że za każdym razem, jak wyciągam je z szafki coś mnie trafia. Są nieporęczne i ciężkie, do tego stopnia, że z całego kompletu zostały tylko dwa do zupy, a reszta – talerzyki małe i duże – też jest niestety zdekompletowana. Bo trudno się je myje. Raz B. zbił przy jednym myciu dwa i w tajemnicy przede mną pojechał kupić takie same na sztuki. Niestety, nie przewidział, że będą różniły się wielkością (i to znacznie), a całą jego tajemnicę zdemaskuję w 5 minut ;) Tym sposobem mamy wszystkie talerze z innej parafii.

W tym roku powiedziałam – dość. Kupujemy nowy komplet talerzy. Zwykłych, lekkich, białych, okrągłych. Zgodnie ze złotą zasadą minimalizmu jeśli kupujesz coś nowego, musisz się pozbyć starego. Lub też inaczej – „one in, one out”. No ale jak tu pozbyć się prezentów od rodziców męża, żeby nie zranić jego uczuć?

Rozmawialiśmy o tym z B. On nie chce nikomu ich oddawać. Jestem zmuszona to uszanować. Tylko czy to oznacza, że mogę zapomnieć o nowych talerzach?


Zdecydowaliśmy, że kupimy nowe talerze na rocznicę naszego poznania. Stare na razie wylądują na najwyższej półce (na szczęście, mamy tyle miejsca w kuchni). To chyba pierwsza nasza taka „spektakularna” porażka na drodze do minimalizmu. Myślę jednak, że z czasem nasze piękne talerze w liście znajdą nowy dom, tak jak stało się to z innymi przedmiotami tak „otoczonymi opieką” przez mojego męża: musimy tylko wziąć udział w kolejnej wyprzedaży garażowej J

24.10.2014

Do oszczędzania trzeba dwojga

Jestem humanistką. Może mam talent do języków, ale na pewno nie do liczb, jednak wszelkie statystyki, zestawienia i wykresy niesamowicie mnie pociągają. Doszło nawet do tego, że znalazłam idealną aplikację na tablet do prowadzenia statystyk mojego dziecka ;) (wiecie, ile razy karmiona, jak długo, ile kupek, ile godzin snu, kiedy ostatnio zmieniana pielucha itp.)

Z związku z tym zboczeniem zestawienia miesięcznych przychodów i wydatków (coś a la budżet) prowadzę od liceum. Pamiętam, jak moi rodzice śmiali się z mojego starszego brata, że zapisuje każdą wydaną złotówkę, bo oni nigdy tego nie robili (a może powinni, żeby zobaczyć, gdzie tak naprawdę znikają ich emeryckie pieniądze?). Odkąd zamieszkaliśmy razem z moim wtedy przyszłym mężem prowadziłam wydatki za nas dwoje. Ciężko mi było namówić B., żeby zbierał paragony albo chociaż mówić mi, ile wydał (i to nie „jakoś około 40 złotych”, bo potem się okazywało, że było to 48...). Od tamtej pory nazywa mnie Rostowskim… Dopiero po roku namawiania B. zaczął zbierać paragony, ale tak naprawdę dopiero wybór aplikacji mobilnej* nakłonił go do regularnego zapisywania wydatków.

Nie mogę odmówić mężowi jednego – lubi oszczędzać i wie, że trzeba to robić. A to już dużo. Natomiast wyraźnie widać u nas odmienne podejście do wydawania wyniesione z domu. Do tej pory pamiętam jak na początku naszej znajomości poszliśmy z niepracującym jeszcze wtedy B. kupić sprzęt narciarski. Kwota, jaką zostawił przy kasie mnie oszołomiła, zdumiała, zaskoczyła, nie mówiąc o tym, z jaką lekką ręką mój przyszły mąż kupił wszystko to, co do tej pory używa dwa razy do roku (w zeszłym sezonie na stoku pojawił się raz). U mnie w domu biedy nie było, mieliśmy wszystko, jednak rodzice liczyli się z każdym groszem, a większe wydatki były odkładane w czasie.

Pogodzenie takich dwóch postaw łatwe nie jest. Mimo wszystko dotarliśmy się, a na to potrzebny był czas. Podobnie będzie teraz, gdy MUSIMY ograniczyć wydatki, jednak teraz właśnie nie mamy aż tyle czasu i mam nadzieję, że wspólnymi siłami zapanujemy nad uciekającą gotówką.



* aplikacja MyMoney idealna nie jest, ale teraz – po roku użytkowania – ciężko byłoby zmigrować te wszystkie dane. A jak wspomniałam, uwielbiam zestawienia i porównania, a jak tu porównać coś w czasie nie mając wszystkich danych? ;)

16.10.2014

Minimalistyczna wyprawka

Do tego wpisu skłonił mnie post Wolnego, który „fachowo” podszedł do opisania oszczędnej wyprawki dla swojej dzidzi (nota bene też Mai).

Szczerze mówiąc my nie mieliśmy ciśnienia na oszczędzaniu na wyprawce, ale bardzo chcieliśmy ograniczyć rzeczy do minimum, by nie zagracać mieszkania rzeczami, które wydają się potrzebne dziecku, a tak naprawdę w ogóle potrzebne nie są.

Fakt, zaszalałam z wielorazowymi pieluchami, które jak na razie nie weszły do stałego użycia, ale jestem zdeterminowana używać ich jak już dzidzia będzie większa. Wróć, nie zaszalałam, kupiłam parę sztuk otulaczy, kieszonek i AIO, by przetestować wszystkie, a potem ewentualnie poszerzyć asortyment.

Na początku organizowania wyprawki martwił mnie fakt, że moje rodzeństwo dawno już odchowało swoje dzieci, a najbliżsi znajomi jeszcze ich nie mieli, więc nie mogliśmy dostać przynajmniej paru używanych ubranek. Jednak później okazało się, że jest wielu „znajomych znajomych”, którzy chętnie pozbyli się ubranek w bardzo dobrym stanie (niektóre miały jeszcze metki) i to całkiem za darmo. Wyeliminowało nam to dużą część kosztów; wprawdzie dokupiłam parę bodziaków i śpioszków w rozmiarze 56 (który to rozmiar Maja nosiła do ukończenia 7 tygodnia), ale nie były to tak ogromne koszty (szczególnie, że trafił się okres wyprzedaży i innych ciekawych okazji).

Przed rozwiązaniem założyłam kartę Rossnę i polowałam na promocje pieluszek (pomimo chęci wielorazowego pieluchowania podeszłam do tego realistycznie – początki mogły być trudne, więc jednorazówki musiały być na podorędziu). Okazało się to średnio potrzebne, bo opakowania pampersów dostawaliśmy na prezent od wszystkich gości, więc na dzień dzisiejszy mam paczkę Pampersów Premium rozmiar 1 do odsprzedania (zbiorę się w sobie i ogłoszę to na którymś z portali, pewnie na dawnej Tablicy).

Oprócz ubranek i pieluszek oczywiście musieliśmy się zaopatrzyć w parę sprzętów do kącika Mai w naszej sypialni. Większość zakupiliśmy w Ikei, jakościowo nie odstaje to od rzeczy z innych dziecięcych sklepów, a cenowo często przystępniejsze. Wzbranialiśmy się od karuzelki na łóżeczko, ale jak już dzidzia pojawiła się na świecie i okazała zainteresowanie różnymi przedmiotami w zasięgu jej wzroku kupiliśmy piękny drewniany mobil (będziemy uciekać od plastiku jak tylko będzie to możliwe).

Fotelik samochodowy upolowaliśmy z bodajże czterdziestoprocentowym rabatem, bo nieświadomie załapaliśmy się na akcję promocyjną (przy okazji kupiliśmy przewijak, który nie był na naszej liście – nie żałujemy).

Największym wydatkiem był oczywiście wózek. Od razu wiedzieliśmy, że chcemy wózek nowy (wiecie, pierwsze dziecko…), więc musiał swoje kosztować. Co więcej, musiał być lekki, żebym mogła go znieść sama (słabeusz ze mnie) oraz w miarę kompaktowy, żeby zmieścił się do naszego yarisa. Mieliśmy paru faworytów, jednak poszliśmy na kompromis i jak do tej pory jesteśmy zadowoleni. Co więcej, kolejny raz załapaliśmy się na promocję, 20%, a do tego dostaliśmy gratis funkcjonalny śpiworek.

Chustę kupiłam dopiero teraz i był to strzał w dziesiątkę – Maja jest bardzo towarzyska i jak zaczyna już mocno marudzić pakuję ją w chustę, robię swoje (tzn. jem), a ona w 5 minut zasypia. Na razie nie odważyłam się wyjść z nią w chuście na dwór (pogoda!), ale myślę, że im lepiej opanuję wiązanie i wkładanie bobasa, tym częściej będziemy się nosić.

Oczywiście przydały się też biustonosze do karmienia oraz Linomag, Sudocrem i chusteczki nawilżane (tylko na wyjścia, w domu przemywamy wodą).

To właściwie wszystko. Na naszej liście nie było smoczka, butelek, podgrzewaczy, termosów, bo byliśmy (i jesteśmy) zmotywowani do radzenia sobie bez tego. Na razie dajemy radę, oby tak dalej ;) [Z pewnych powodów musiałam kupić laktator, ale nie żałuję.]

Podsumowując, powyższe wydatki rozłożyły się tak (w zaokrągleniu):

Wózek (+akcesoria) 1600 zł
Fotelik samochodowy (+adaptery) 300 zł
Łóżeczko, materac, prześcieradła, wanienka 530 zł
Przewijak, kocyk 50 zł
Pieluszki jednorazowe 200 zł
Pieluszki wielorazowe (w tym mnóstwo tetry) 400 zł
Ubranka nowe 250 zł
Kosmetyki, leki, inne 70 zł
Biustonosze 70 zł
Laktator 70 zł
Karuzelka na łóżeczko 35 zł

SUMA 3.575 zł

Jeden miesięczny budżet, ale biorąc pod uwagę niektóre wyliczenia z internetu to i tak dobrze... 

13.10.2014

Czego nauczyła mnie ciąża

Nie zamierzam opisywać, co dzięki ciąży dowiedziałam się o swoim ciele, organizmie czy o sobie. Podczas ciąży przetestowałam „swój” minimalizm. 

 Odkąd zaczął mi rosnąć brzuszek (a stało się to dość szybko, już w trzecim miesiącu nie mieściłam się w spodnie), musiałam zaopatrzyć się w ciążowe ciuchy. Nie widziałam jednak potrzeby kupowania całego arsenału szmatek tylko na pół roku, więc z dumą mogę ogłosić, że moja garderoba w czasie ciąży składała się z 12 (sic!) ubrań. Były to:
- leginsy
- dżinsy ciążowe (najmniej używane)
- tunika
- koszulka z krótkim rękawem
- długa narzutka
- ciepły sweter
- czarna sukienka na ramiączkach
- wzorzysta sukienka na ramiączkach
- kilka nie ciążowych t-shirtów i swetrów

Miałam to szczęście, że moja ciąża przypadła na ciepły okres, więc pod sam koniec stanu błogosławionego chodziłam tylko w tych dwóch sukienkach. 

Był to ciekawy eksperyment. Z jednej strony utwierdziłam się w przekonaniu, że jak najbardziej można chodzić w jednym i tym samym, a nikt nie zwraca uwagi, z drugiej strony pod sam koniec miałam już dość. Miałam ochotę na coś nowego, tęskniłam do starych sukienek, a co więcej – nie zmieściłam się w przerobioną suknię ślubną, która służy mi co roku jako kreacja na obiad z okazji naszej rocznicy ślubu (wypadło to jednak na 3 dni przed narodzinami naszej córeczki, więc szybko pogodziłam się z tym faktem). Odliczając dni do porodu zrobiłam gruntowny przegląd szafy, uaktualniłam Stylitics i czuję niedosyt. Mam jeszcze za dużo ciuchów ;) Ale powoli, dojdziemy i do idealnej trzydziestki.

10.10.2014

Oszczędzanie musi mieć cel

Jednym z podstawowych warunków jeżeli chodzi o oszczędzanie to określenie celu, na jaki odkładamy pieniądze. Nie zawsze oszczędzanie „ot tak” nas do tego czynu zmotywuje, warto więc mieć konkretny cel (a najlepiej nawet deadline), który sprawi, że nie zniechęcimy się tak szybko.

Naszym celem, o którym wspominam tu, jest budowa wymarzonego małego domku. Pierwszy krok już poczyniliśmy – z wcześniejszych oszczędności kupiliśmy działkę budowlaną. Teraz odbudowujemy fundusze i składamy na domek. Zapewne nie obejdzie się bez kredytu, ale zależy nam, by jak najszybciej się wybudować, więc nie możemy pozwolić sobie na przestoje z powodów finansowych. Między innymi dlatego wróciłam do blogowania – pomimo utraty jednego dochodu w pewnej perspektywie czasu, musimy sobie poradzić z jedną wypłatą i jeszcze z niej coś odłożyć. Zamierzam to wszystko dokumentować na blogu.

Przyznaję, do pewnego ekshibicjonizmu w pokazywaniu zestawienia wydatków zainspirował mnie Michał z bloga Jak Oszczędzać Pieniądze. Już wspominałam, że to jeden z moich ulubionych blogów, aczkolwiek mniej ostatnio śledzę jego wpisy, bo nie wszystkie tematy mnie interesują. Cieszy jednak fakt, że Michał poszedł w stronę, która go satysfakcjonuje.

A więc

Będę przedstawiać miesięczne zestawienia budżetowe porównując założenia zrobione na początku miesiąca z rzeczywistymi wynikami naszej trzyosobowej rodziny.

Od czasu do czasu będę dzielić się sposobami na oszczędzanie mając z tyłu głowy minimalistyczne podejście do życia.

Liczę na to, że takie „obnażanie się” skłoni nas do trzymania założeń budżetu i nie wydawania pieniędzy na niepotrzebne rzeczy.

Oczywiście będę też przyznawać się do porażek. Już teraz mogę napisać, że kupiłam buty (gumowce) spoza budżetu, ale tak naprawdę już dawno były na mojej liście, a że znalazłam parę w bardzo przystępnej cenie, to nie wahałam się zbyt długo. Mam jednak nadzieję, że to ostatnie w tym miesiącu odejście od ścisłego budżetu.

Po cichu liczę też na większe zaangażowanie czytelników. W internecie można znaleźć mnóstwo porad, na czym i jak oszczędzać, ale tak naprawdę każdy z nas ma swoje wyjątkowe sposoby i jeśli nie uważacie ich za tajemnicę ogniska domowego, to będzie mi niezwykle miło, gdy podzielicie się nimi w komentarzach.

Czasem zastanawiam się, czy taki „misz-masz” w zawartości bloga nie wpłynie na niego negatywnie. Tak naprawdę myślę, że Moja Droga Do Minimalizmu jeszcze szuka „swojego ja”, nie da się przecież całego życia zamknąć w jednej szufladzie. To nie jest tak, że ktoś jest tylko minimalistą, tylko skąpiradłem albo tylko chwilowym entuzjastą zmian. Mam więc nadzieję, że moja pisanina przypadnie wam do gustu.

09.10.2014

(Perfekcyjna) Pani Domu

Zawsze śmiałam się, że chcę być Panią Domu, a do tego najlepiej perfekcyjną. Teraz nie mam wyboru. Po świadomej rezygnacji z pracy (umowa na czas określony), MUSZĘ być Perfekcyjną Panią Domu.

Od wielu lat czytuję amerykańskie blogi pań domu (housewives) o oszczędzaniu, organizacji czasu i domu. Lubię je czytać, ale nie wszystkie porady udaje się wprowadzić w życie w naszej polskiej rzeczywistości (ekstremalne „kuponowanie”, ach, marzenie). Mimo postanowienia ograniczania wydatków, doszliśmy do wniosku, że nie dla nas jest planowanie posiłków, mimo że ewidentnie pomogłoby nam to rozwiązać nie tylko dopięcie budżetu żywnościowego, ale także wyeliminować problem pozbywania się przeterminowanego jedzenia… Stwierdziliśmy, że możemy spróbować planować, co zjemy na drugi dzień, ale nie dla nas zakładanie, co zjemy przez cały tydzień czy miesiąc.

W tym roku po raz pierwszy zrobiłam dżemy. Może za rok wezmę się za przetwory. Mam takie szczęście, że rodzice mają działkę i chętnie dzielą się plonami. W przyszłym roku – dzięki determinacji taty – będziemy mieć też trochę swoich plonów: na naszej działce (na której mam nadzieję niedługo stanie nasz minimalistyczny dom) posadziliśmy truskawki, maliny, czosnek, pietruszkę i inne łatwe do uprawy pyszności.

Zaczęłam też lepiej radzić sobie z pieczeniem ciast. Zaczęłam od babeczek, a teraz już „wymiatam” z większymi projektami. Mój mąż (no ok, ja też) wprost przepada za słodkościami i czasem pozycja „ciasta” w budżecie opiewała na dość ciekawe kwoty… Niestety, nadal nie wychodzi mi żaden chleb. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się ogarnąć ten „projekt”.

Od dawna nie używamy chemicznych środków czyszczących (oprócz CIFa, który musiał pójść w ruch przy wymianie kabiny prysznicowej no i płynu do naczyń, który ma w naszym domu kilka zastosowań). Niedawno zaopatrzyłam nas w boraks, zobaczymy, co to za cudo. Poza tym w ruch idzie zawsze soda, ocet i orzechy piorące (które nie do końca mi podpasowały jeżeli chodzi o pranie i wykorzystuję je do mycia podłóg czy wycierania kurzy).


Teraz nowym wyzwaniem jest „oszczędne”/"minimalistyczne" wychowanie dziecka. O tym innym razem.

08.10.2014

Powrót

Minęły już dwa miesiące, odkąd nasza dziewczynka pojawiła się na świecie. Oprócz nowych wyzwań związanych z byciem rodzicem, pojawiły się inne pytania, na które trzeba było znaleźć odpowiedź. Po wielu dyskusjach doszliśmy do wniosku, że po macierzyńskim i wychowawczym nie będę na razie wracać do pracy. Decyzja ta wiąże się z tym, że musimy już teraz nauczyć się żyć z jednej wypłaty i jeszcze coś z niej zaoszczędzić na budowę własnego domu. Pomimo, że już staraliśmy się odkładać co najmniej moją miesięczną wypłatę, to mimo wszystko nie do końca potrafiliśmy zrezygnować z pewnych „zachcianek”. Teraz musimy.

O ile ja nie miałam nigdy problemów z wyrzeczeniem się czegoś, by zaoszczędzić (wrodzone skąpstwo?), to mój mąż nie był nauczony przewidywać wydatki i ewentualnie z czegoś zrezygnować, dlatego przyznaję, że największym wyzwaniem było namówienie męża do podjęcia „wyzwania”. Fakt, on też wiele razy przyznawał, że musimy oszczędzić na tym czy na tamtym, ale rzadko kiedy miał ochotę na rezygnację z przyjemności (lub tzw. konieczności). Już nawet w tym miesiącu przebąkiwał o „konieczności” wymiany piast w samochodzie. Powiedziałam, że jak sobie oszczędzi, to w przyszłym miesiącu wpiszemy do budżetu.

Bo tak, prowadzimy budżet. I to od jakiegoś roku. Nigdy jeszcze się go nie trzymaliśmy.

Teraz podjęliśmy wspólną decyzję, że ograniczamy się, jak możemy i kupujemy tylko to, co założyliśmy na początku miesiąca. Pomaga tu zdecydowanie charakter mojego męża – jak każdy gracz (ja w żartach nazywam go nerdem) jest nastawiony na osiąganie konkretnych celów.

Od kiedy jest Maja widzimy, że jej obecność pomoże ograniczyć lwią część wydatków sprzed jej pojawienia się – jedzenie na mieście i podróże. Wyjeżdżaliśmy w każdy weekend. Jeszcze na 4 dni przed porodem byliśmy na wycieczce w Bielsku. Każda wycieczka to nie tylko benzyna, ale i obiad, deser, czasami kolacja, a nawet nocleg (tęsknię do Warszawy). Co do jedzenia na mieście – z taką małą marudą na razie wstyd gdzieś wychodzić ;) No zobaczymy, jak dalej.
Nie mamy na celu rezygnować z podróży w ogóle. Lubimy wyjazdy, poznawanie nowych miejsc i smaków, a bardzo zależy nam na przekazaniu zamiłowania do podróży naszej dzidzi. Od teraz wszystko jednak musimy planować.


Od dawna chciałam wrócić do blogowania. Nie byłam jednak pewna, czy chcę pisać o dążeniach do minimalizmu, czy też o oszczędzaniu. W mojej wizji te dwa tematy łączą się ze sobą. Gdy człowiek nie potrzebuje więcej, nie kupuje więcej. Podczas ciąży przećwiczyłam minimalizm ubraniowy. Nasza wyprawka dla Mai też nie zawierała rzeczy według nas zbędnych. Cały czas dążymy do minimalizmu– no ok, być może dążę tylko ja, ale i Nerd odkrywa, że fajnie jest mieć mniej, bo to, co najważniejsze już mamy – siebie, a teraz dzidzię. Nic innego nie ma aż takiej wartości jak rodzina.

06.05.2014

"Odkrycie"

Nie jest sztuką pozbyć się niepotrzebnych rzeczy z domu. Sztuką jest ograniczyć ich ponowne wnoszenie.

Oczywiście, powyższe stwierdzenie to żadne odkrycie, jest ono znane wszystkim minimalistom, wydaje się też logiczne dla "zwyklaka", ale tak naprawdę doszłam do tego sama teraz, przygotowując się na przyjście małego domownika.

Od początku roku w jednym miejscu gromadzę rzeczy przygotowując się na wyprzedaż garażową w mieście obok. Miała mieć miejsce dwa tygodnie temu, ale została przeniesiona na inny termin. W związku z tym w tzw. międzyczasie dokładam do przygotowanego już pudła kolejne przedmioty, które nie spełniają słynnych kryteriów 3P: nie są ani pożyteczne, ani piękne, ani pamiątkowe. Tak naprawdę nie zawsze trzymam się tej zasady, jednak na korzyść minimalizmu - czasami to, co pamiątkowe, nie jest na tyle warte dalszego przechowywania, że też chętnie się z tym żegnam (pozdrawiam wszystkie kartki świąteczne!). Naprawdę nie umiem się już doczekać tej wyprzedaży! Co więcej, dla "zabezpieczenia" rozważam zgłoszenie się do kolejnej, tydzień później, żeby wystawić to, co nie sprzeda się w pierwszej. Ostatecznie - jestem zdeterminowana - resztę planuję sprzedać na Allegro. Nigdy tego nie robiłam, ale mam ogromną motywację. Motywacja pojawi się na świecie w sierpniu.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...